Losowe relacje
Woj. śląskie Autor: foetus |
Woj. śląskie Autor: Ina |
Woj. podkarpackie Autor: sławoj |
Woj. podkarpackie Autor: Ina |
Woj. małopolskie Autor: foetus |
Woj. podkarpackie Autor: Ina |
Woj. warmińsko-mazurskie Autor: Ina |
Woj. śląskie Autor: foetus |
Woj. śląskie Autor: Ina |
Woj. podkarpackie Autor: sławoj |
Woj. podkarpackie Autor: Ina |
Woj. małopolskie Autor: foetus |
Woj. podkarpackie Autor: Ina |
Woj. warmińsko-mazurskie Autor: Ina |
| znaleziono 135 - wyświetlane 1 - 10 | « 1 2 3 4 5 6 7 ... 14 » | wyświetl wg |
Do toruńskiego planetarium wróciliśmy po 6 latach. Szczególnie podobało nam się wtedy orbitarium, więc bardzo chcieliśmy pokazać synowi urządzenia jednocześnie do zabawy i nauki, którymi tak się zachwycaliśmy. Z góry wykluczyliśmy salę planetarium, bo mimo, że są seanse dla dzieci to jednak trochę starszych. Z poprzedniego pobytu na jednym z takich seansów mamy z żoną identyczne wspomnienia - walka aby nie zasnąć. Nie żeby było nieciekawie, wręcz przeciwnie, projekcje na kopule były bardzo fajne, przestrzenny dźwięk robił wrażenie, jednak 40 minut w ciemności a przed oczami ruszające się gwiazdy dla osób zmęczonych całodziennym zwiedzaniem to było za dużo, nie daliśmy rady... Tak więc warto tam iść wypoczętym albo z samego rana.
Na weekendzie majowym chętnych było tylu, że bilety kupowało się na 2-3 godziny naprzód. Najpierw dostaliśmy do geodium. To była nowość w planetarium, sprzed zaledwie tygodnia. Byliśmy bardzo ciekawi co nowego wymyślono. Sala wygląda podobnie do orbitarium, w zaciemnionym pokoju rozłożono różne urządzenia, w ścianach zainstalowano makiety, a na środku wielki globus. Pierwsze wrażenie OK, ale stopniowo entuzjazm opadał. Podchodziliśmy do poszczególnych stanowisk i często nie wiedzieliśmy co robić albo nie mogliśmy zauważyć efektów. Najciekawsza dla syna była makiety wulkanu oraz krajobrazu z kolejką i kopalnią. Makiety posiadają od 1 do 3 przycisków z różnymi efektami, np. przy wulkanie leci lawa (choć za mało widoczna) i dym a przy kolejce można sterować porą dnia i światłem w kopalni. Inne urządzenia wyjaśniają różne zjawiska fizyczne, a wielki globus pokazuje skąd się biorą cztery pory roku oraz pory dnia.
Niby fajnie, ale wszystko to jest mało spektakularne, przykładowo makieta lodowca nie robi nic poza minimalnym ruchem wody. Po co wkładać tyle pracy dla tak marnego efektu? Zjawisko tęczy jest tak słabo widoczne, że sam już nie wiem czy ją widziałem, czy była to autosugestia.
Brakowało mi w geodium fachowego komentarza omawiającego każde stanowisko. Niby są opisy i można poprosić o wyjaśnienie pracownika, który jest wśród zwiedzających, ale gdyby najpierw powiedział kilka słów z mikrofonem i objaśnił działanie urządzeń byłoby zdecydowanie lepiej, potem każdy mógłby eksperymentować sam mając odpowiednią wiedzę.
Cóż, to dopiero początek tej atrakcji planetarium i mam nadzieję, że zostanie dopracowana, bo po 25 minutach sala była prawie pusta i sami też wyszliśmy przed czasem (zwiedzanie trwa 40 min.), więc moje odczucia podzielali inni turyści. Jedna rzecz była jednak bardzo pouczająca dla naszego dziecka - przedstawienie pozyskiwania energii odnawialnej. Wiatr jest symulowany przez wentylator, słońce przez lampę, jest wiatrak i domek z panelami na dachu, który świeci, gdy dociera światło na panele lub wiatr kręci wiatrakiem. Gdy dziecko zasłoni panele albo wyłączy lampę czy wiatrak, domek ciemnieje. Jest to wzorcowo pokazane zagadnienie, szkoda że inne nie są zrobione w ten sposób.
Po krótkim oczekiwaniu przeszliśmy do głównego budynku planetarium, gdzie mieści się orbitarium. Liczyliśmy, że tym razem bardziej zaciekawimy syna i tak było. Sterowanie sondą kosmiczną to rewelacyjny pomysł. Robi się to z kilku pulpitów sterowniczych, a każdy przycisk obsługuje inny element sondy. Niektóre elementy świecą się inne obracają itp., ale najlepsze jest uruchomienie silników i lecący z nich dym, niestety ponowne "naładowanie" silników trwa kilka minut. Dookoła sondy rozmieszczone są interaktywne urządzenia, których działania niespełna 4-latek nie zrozumie, ale bawić się nimi jak najbardziej może. Np. intrygująca jest transmisja sygnału za pomocą anten z jednego końca sali na drugi, zainteresowanie wzbudziła też lampa plazmowa obrazująca zorze polarne i model tornada. Pomysłowo pokazana jest różnica w naszej wadze na różnych planetach czy czasy podróży w kosmosie w zależności od środka transportu.
Generalnie wszystko to już widzieliśmy, bo przez 6 lat nic się w orbitarium nie zmieniło i na nas specjalnego wrażenia już to nie zrobiło, ale dzieciak miał dużo frajdy.
Warto dodać, że liczba wpuszczanych na jeden seans osób jest odpowiednia do liczby interaktywnych stanowisk, więc zawsze jakieś urządzenie jest wolne.
Do Zaurolandii w Rogowie wybraliśmy się parę dni po JuraParku w Solcu Kujawskim. Park ten ma w Internecie świetne recenzje, odwiedzają go ponoć tłumy ludzi, spodziewaliśmy się więc nie lada atrakcji. Nauczeni doświadczeniem z Solca wyjechaliśmy wcześniej i w pochmurny ranek, aby dzieciak mógł się wybawić przez cały dzień i nie męczyły go upały.
Już przy kasie przeczuwaliśmy się, że tu nie będzie tak fajnie. Brama i dziedziniec przed wejściem, w przeciwieństwie do Solca, urządzone były kompletnie bez gustu i nie zachęcały do wejścia. Bilety trochę tańsze (20 zł), ale kazano nam jeszcze zapłacić za parking (5 zł). Wywieszka z dokładnym cennikiem wskazywała, że w środku nie będzie bezpłatnych atrakcji.
Po wejściu do parku widać tylko budkę z pamiątkami i strzałki na ścieżkę edukacyjną. Na początku zawiera ona standardowo kilka dużych tablic związanych z historią Ziemi, a za nimi rozmieszczono już pierwsze gady z triasu. Bardzo podobał mi się tu sposób prezentacji dinozaurów na lekkim podwyższeniu. Jest to zrobione lepiej niż w innych parkach. Również to, że nie są odgrodzone i można się do nich swobodnie zbliżać jest ogromną zaletą Zaurolandii. Gdzieś pod koniec gadów z jury ze ścieżki odchodzi boczna droga na wielki, piaszczysty plac zabaw. Nasz syn pobiegł więc zapoznać się z atrakcjami na tym placu i tu spotkała nas pierwsza przykrość. Usiadł w jednym z kilku małych dinozaurów, które posiadają miejsce do siedzenia i zaczął krzyczeć, że mokro. Okazało się, że w każdym dinie była słabo widoczna kałuża wody! Tak więc majtki, spodnie i bluza do wymiany. Było ok. 1,5 godziny od otwarcia parku, a deszcz padał w nocy, wiec czasu na przygotowanie urządzeń dla dzieci było aż nadto. Jak się później okazało był to jednak dopiero początek odkrywania zaniedbań i lekceważenia turystów przez Zaurolandię. Zamienne ubranie mieliśmy, więc syn kontynuował zabawę do czasu, gdy przyglądnęliśmy się dokładnie innym urządzeniom. Np. jest stół z pochylnią i wiadrem na łańcuchu, który z jednej strony ma urwany zaczep i wystające ostre kawałki blachy! Albo zjeżdżalnie z wieloma drabinkami sznurowymi, z których chyba każda posiada przerwane kilka szczebli lub zwisające zaczepy, które można by łatwo przykręcić, nikt się tym jednak nie przejmuje!! Skala lekkomyślności obsługi Zaurolandii jest po prostu porażająca. Głupoty też, bo obok placu zabaw jest stanowisko archeologiczne do odkopywania szkieletu dinozaura, jednak całkowicie odkopane z piasku! Próbowaliśmy namówić syna do zabawy w paleontologa, ale nawet nie chciał o tym słyszeć, bo skoro szkielet jest już odkopany, to po co? Specjalnie patrzyliśmy w to miejsce co jakiś czas i przez kilka godzin nie bawiło się tam ani jedno dziecko!
Gdy dotarliśmy do parku rozrywki oniemieliśmy widząc że np. przejażdżka zwykłą ciuchcią w kółko kosztuje 1 żeton czyli 10 zł! Na szczęście wymyślono karnety, z którymi 1 żeton wychodzi 7 zł (karnet kosztuje 35 zł), do tego dodawane są 3 różne płyty CD z jakimiś grami dla dzieci (nie sprawdziłem ich jeszcze). Z tym, że o gry trzeba się upominać, bo sprzedawczyni bezczelnie daje 1 płytę, choć na reklamie jest wyraźnie napisane że mają być 3.
Mając już karnet stanęliśmy przed problemem na co go przeznaczyć. Atrakcji dla niespełna 4-latka jest tam mało (z góry wykluczyliśmy ciuchcię i dmuchańce). Bardzo podobał mi się park linowy, zabezpieczony siatkami, jednak pan z obsługi kategorycznie odmówił wpuszczenia dziecka poniżej 5 lat. Szkoda, bo w Solcu takiego nie było, a chcieliśmy pierwszy raz wpuścić syna na liny. Poszliśmy więc do baseników, gdzie powinny działać łódeczki napędzane rękami, ale oczywiście nie działały (jak można było nie przygotować atrakcji na weekend majowy?!) obok był drugi basen z kulami zorbingową. Tu już wszystko było OK, więc spróbowaliśmy po raz pierwszy wspólnego zorbingu i syn był bardzo uradowany. Trzeba przyznać, że czas jaki nam dano był baaardzo długi, aż za długi, obaj nie mieliśmy już sił i sami wyszliśmy. Z tego co widziałem, gdy nie ma ludzi w kolejce, można się bawić do woli. Za to duży plus dla Zaurolandii. Następnie syn odkrył elektryczne samochody, którymi za 1 żeton można jeździć przez kilka minut po chodniku albo torze kartingowym (czas także zależy od ilości chętnych). Autka mają dwie prędkości oraz zmianę kierunku jazdy przód - tył. To również była świetna zabawa, a gdy się skończyła z braku innych atrakcji powtórzyliśmy zorbing (teraz męczyła się żona) i autko. Ostatni żeton wykorzystałem sam na przejazd gokartem.
Zaurolandia wyróżnia się co prawda innymi atrakcjami, których brak u konkurencji, jak paintball i 2 tory do motocrossu na małe i duże quady, tylko na co to komu w dinoparku? Quady są 1-miejscowe, więc rodzic nie pojedzie z dzieckiem. Jest jeszcze muzeum, ale w porównaniu do JuraParku bardzo skromne. Osobną sprawą jest zaplecze gastronomiczne w postaci zaledwie jednego lokalu. Wygląda to dobrze, ale tylko w menu. Chciałem zamówić espresso - jest w menu, ale dostać nie można. Ktoś za mną chciał jakieś danie obiadowe i spotkało go to samo. Jeszcze w południe była dostępna ryba, ale gdy chcieliśmy ją zamówić po wyczerpaniu karnetu ok. godziny 15, pani za ladą powiedziała, że jest już tylko schabowy! Ręce nam padły i czym prędzej ulotniliśmy się z Rogowa.
Tak więc, jeśli Zaurolandia nie zmieni swojego nastawienia do odwiedzających i polityki cenowej, nie wróżę jej przetrwania. Parki rozrywki i dinoparki powstają u nas jak grzyby po deszczu, a Solec Kujawski jest oddalony zaledwie o 70 km. Na jej niekorzyść przemawia jeszcze wiele detali jak np. to, że z niektórych dinozaurów (tych wielkich więc to nie wina turystów) odpada już farba na grzbiecie, jest to też pierwszy park nie dający ulotki z planem obiektu, lecz każący sobie płacić za jakąś książeczkę z planem za 5 czy 10 zł. Niby szczegół, ale syn był zawiedziony, bo lubi zbierać tego typu pamiątki. Z kolei sklepik sprzedaje chłam, który nie nadaje się do zabawy. Przestrzegam przed dinozaurami - robotami za 16 zł. Nasz parazaurolof po otwarciu nadawał się właściwie na śmietnik - nie potrafiło to ustać, nogi się najpierw zacinają, a potem rozregulowują całkowicie, gorszej tandety już chyba nie ma.
W Rogowe spędziliśmy 4 godziny. Park oprócz wad ma też zalety, które wymieniłem, syn nacieszył się dinami, prowadzeniem autka i kulą zorbingową, ale to było dla nas za mało, aby wystawić dobra ocenę. Jednakże turyści ze starszymi dziećmi na pewno skorzystają bardziej niż my, bo park linowy czy gokarty to niezłe atrakcje, a rodzice gustujący w quadach także znajdą tu rozrywkę dla siebie.
Ze względu na niegasnącą dinomanię naszego syna, parki dinozaurów będą w tym roku jednym z głównych punktów naszych podróży, między innymi dlatego też na majówkę wybraliśmy się do woj. kujawsko-pomorskiego, gdzie w niewielkiej od siebie odległości są 2 takie atrakcje. W Solcu Kujawskim leży on na obrzeżach miasta, w sąsiedztwie basenu. Dojazd jest bardzo dobrze oznaczony. Parking był niestety za mały, aby pomieścić auta wszystkich chętnych, ale obok znajduje się parking basenowy, więc miejsce zawsze się znajdzie (oba parkingi są darmowe).
Kasy przed wejściem są dwie i mimo tłumów, nie trzeba stać w kolejce. Bilety drogie (28 zł), ale jak się później okazało w stosunku do tego co park oferuje dzieciom, bardziej niż przystępne. Cały dinopark składa się z 4 części. Po wejściu lądujemy na dużym placu z zapleczem gastronomicznym, pamiątkami i muzeum. Na prawo mamy wielki plac zabaw, a za nimi park rozrywki. Na wprost jest ścieżka edukacyjna, od której zaczęliśmy zwiedzanie. Zaczyna się ona kilkoma ogólnymi tablicami edukacyjnymi, a dalej można już podziwiać prehistoryczne stwory. Ścieżka wije się przez las, prowadząc nas przez poszczególne okresy ery mezozoicznej. Dinozaury występują same albo w stadzie, każdy oczywiście posiada dokładny opis. Tylko kilka ustawiono w ciekawszych pozach, jak np. T-Rex przygotowujący się do ataku na triceratopsa czy 2 terizinozaury zwrócone do siebie nad drogą. Jest wyjątkowo dużo lubianych przez nas dinozaurów pancernych, m.in. sajchania i euoplocefal. Niestety wszystkie modele są za ogrodzeniem, podotykać lub zrobić dziecku zdjęcie można tylko przy wydzielonych pięciu czy sześciu, dlatego też ścieżka edukacyjna jest chyba jedynym elementem dinoparku, który nie górował nad sąsiednim parkiem w Rogowie.
Oglądnięcie wszystkich dinów zajęło nam niecałą godzinę i pod koniec syn był nieco znudzony, ciągnęło go już na plac zabaw i do parku rozrywki. Tam też wychodzi koniec ścieżki. Przy parku rozrywki stoi jedyny ruchomy i wyjący gad - tyranozaur (mam nadzieję że będzie ich więcej), a obok dmuchane zamki, trampoliny, baseny kulkowe itp. ogólnie zmora wszelkich imprez i festynów. Można na tym stracić fortunę, ale tutaj zostaliśmy mile zaskoczeni - wszystko było darmowe! Tylko namiot z automatami, cymbergajem i czymś tam jeszcze wymagał monet.
Po zaliczeniu wszystkich tych atrakcji odciągnęliśmy syna od drugiej części parku z jeszcze lepszymi urządzeniami i omijając plac zabaw, aby nie spędzić na nim kolejnej godziny, weszliśmy do Muzeum Ziemi. Tu kolejne zaskoczenie - w niewielkim wydawałoby się budynku mieści się całkiem spora ekspozycja oraz kino! Oglądania jest bardzo dużo, ale tylko niektóre rzeczy zainteresowały naszego malucha jak np. szkielet dinozaura czy mamut w pełnym rozmiarze. Są też skamieliny, kości, minerały, ciekawe skamieniałe drewno, akwaria z modelami prehistorycznych stworzeń morskich i wiele innych rzeczy. Wszystko w zaciemnionych pomieszczeniach, więc zwiedzanie ma swój klimat. Warto przejść całość najpierw z dzieckiem, a potem wrócić i dokładnie samemu wszystko pooglądać, bo jest to naprawdę interesujące muzeum, którego nie oczekiwałbym w parku dla dzieci.
Zgrzytem za to okazało się kino 5D, także wliczone w cenę biletu. Na drzwiach wisiała informacja, iż seanse odbywają się o pełnych godzinach, ale nie była to prawda. Po obiedzie w restauracji samoobsługowej (jakość OK, bez zachwytów ani specjalnych zarzutów) przyszliśmy przed pełną godziną i zastaliśmy tłum ludzi czekających w kolejce. Od razu było wiadome, że wszyscy się nie zmieszczą i tak musiałem spędzić prawie pół godziny przed drzwiami, pilnując kolejki. Seans trwa 15 minut, więc co 20 minut wchodziła kolejna grupa. Gdyby nie mylna informacja na drzwiach, tłum byłby mniejszy. Sam film pt. Dinosaurs Alive z narratorem Michaelem Douglasem nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Nie było zbyt wiele efektów 3D, tylko co jakiś czas ruszało fotelem, pryskało wodą i wiał wiatr. Wyglądał jak stara produkcja bez zastosowania nowej technologii, w dodatku został jeszcze niemiłosiernie pocięty, aby trwał 15 minut. Jednakże gdy usłyszeliśmy od syna "Supel była ta bajka", nie żałowaliśmy zmarnowanego czasu.
Następnie poszliśmy na plac zabaw, cały w piasku z wielkimi zjeżdżalniami i innymi urządzeniami oraz szkieletem dina do odkopania. Niestety szczeble w drabinkach na największą zjeżdżalnię są dla trochę starszych dzieci, więc w miarę szybko opuściliśmy plac zabaw i ruszyliśmy do drugiej części parku rozrywki czyli mini wesołego miasteczka.
Jest tutaj ciuchcia jeżdżąca w kółko, mały rollercoaster, tor z samochodzikami elektrycznymi, stawik z łódkami, zjazd na linie i kilka karuzel. Oczywiście wszytko bezpłatne. Największy entuzjazm wzbudził tor samochodowy, ale to też atrakcja dla nieco starszych dzieci, więc syn upodobał sobie łódki o kształcie łabędzi, kaczek lub motorówek, którymi maluchy mogą same kierować i naciskać pedał gazu, siedząc z jednym z rodziców. Fajny był również rollercoaster w kształcie gąsienicy jeżdżący po torach przez wielkie jabłko.
Podsumowując, wszystkim szczerze polecam solecki JuraPark, jest zdecydowanie lepszy od Zaurolandii w Rogowie. Naprawdę widać pasję ludzi którzy go utworzyli, chociażby w takich detalach jak stojaki na rowery, które mają kształt triceratopsów, czy namalowane ślady dinów na drodze przed wejściem. Skubanie turystów nie jest tu priorytetem jak w innych parkach, a obsługa jest niesamowicie miła i uprzejma. Na placu zabaw i w parku rozrywki nie olewa się ludzi, każdy pracownik jest tam gdzie powinien, nikt nie robi łaski, że atrakcje są za darmo i można z nich korzystać wiele razy. np. pan obsługujący łódki pozwalał proszącym rodzicom skorzystać z nich nawet po zamknięciu tej części parku, poświęcając swój czas. Dziecko może tu spędzić cały dzień na wspaniałej zabawie, o ile tylko ma na to siłę. Dlatego lepiej wybrać się w nieco chłodniejszy dzień. My spędziliśmy w JuraParku 5 godzin od godziny 13 przy 30 st. C i po wyjściu syn ledwo stał na nogach, ale gdyby park rozrywki był czynny dłużej musielibyśmy zostać do końca. Szkoda, że mieszkamy tak daleko, bo na pewno bylibyśmy stałymi bywalcami...
Będąc w okolicach Sanoka warto podjechać 20 km drogą na Przemyśl aby dotrzeć do Gór Słonnych. Pokonuje się je malowniczymi serpentynami, a przy końcu wspinaczki znajduje się przydrożny taras widokowy. Miejsce zostało wybrane niemal idealnie, bo na samym szczycie, więc przy dobrej pogodzie widok na Góry Słonne i Bieszczady powinien zapierać dech w piersiach. Ja na taką jednak nie trafiłem, delikatna mgiełka przysłaniała odległe szczyty ale też dodała uroku fotografiom na dużym zoomie.
Drewniany taras wyposażony był kiedyś w panoramiczny rysunek z opisami wszystkich widocznych szczytów i masywów, m.in. Magury Łomniańskiej, Trohańca, Jawora, Tarnicy, Smereka, Korbania, Łopiennika, Chryszczatej. Piszę był, bo obecnie jest cały porysowany i podarty. Sam taras przestał pełnić swoją rolę z prozaicznej przyczyny - drzewa coraz bardziej przysłaniają widok z niego. Domyślam się, że z tego powodu obok został utworzony nasyp ziemny, pod nowy taras, ale czy i kiedy powstanie tego nie wiem. Panorama z niego już teraz jest znacznie lepsza, widać m.in. Lesko i Sanok ale przydałby się ten opis szczytów. Dzieciakom innych turystów nasyp ten służył do wspinania i zjeżdżania w dół na pupie.
Przy tarasie jest drewniana ława piknikowa oraz parking, wykorzystywany jako postój sanitarny i to czasem na dużą skalę. Gdy przyjechałem na parkingu stał konwój z pełnym autobusem kibiców i kilkoma samochodami, pilnowany przez prawie taką samą ilość policji. Jeśli każdy z nich skoczył w lasek, to drzewa wokoło są nieźle nawożone...
Lubimy stare, zabytkowe miasta dlatego Székesfehérvár wybraliśmy jako bazę do wycieczek nad Balaton i jezioro Velence. Nie do końca był to dobry pomysł, bo miasto nie ma charakteru ściśle turystycznego i brak tu odpowiedniej bazy noclegowej. Wybraliśmy stosunkowo niedrogi hotel oferujący apartamenty z kuchnią ok. 2 km od starówki. Kuchnia była, ale niestety bez jakiegokolwiek garnka, naczynia czy nawet szklanki, warunki też raczej średnie, ale to jedyne rzeczy, na które mogliśmy narzekać.
Bogatą historię miasta widać na pięknej starówce. Dominują tu barokowe zabytki z XVIII wieku, ale są i starsze. Miłośnicy starych murów polubią tzw. Ogród Ruin. Jest to duży plac w samym centrum z odsłoniętymi i częściowo zrekonstruowanymi fundamentami romańskiej, a potem gotyckiej Katedry Panny Marii z XI wieku. Przez teren katedralny biegnie normalna uliczka miejska, ale jest ona podwyższona tak, aby wyeksponować dookoła zabytkowe mury. Po wykupieniu biletu można zobaczyć więcej, wejść i pospacerować na terenie ruin. Są tam oznaczone kamiennymi blokami miejsca pochówku królów węgierskich oraz miejsca gdzie stały kolumny. Na niektórych płytach leżą tarcze herbowe, prawdopodobnie te groby zostały zidentyfikowane i przypisane konkretnemu władcy, a jest to niezwykle trudne po doszczętnym zniszczeniu katedry przez Turków. Dodatkowo pod drogą jest oszklone pomieszczenie z najciekawszymi zachowanymi murami świątyni. Dobrze, że w Ogrodzie Ruin jest sporo murków i rozsypanych kamyczków, wiec nasz 3-latek miał zajęcie, a my w spokoju mogliśmy wszystko oglądnąć.
Drugi średniowieczny zabytek Székesfehérvár to kaplica św. Anny - niepozorny biały budynek z 3 gotyckimi oknami przy nowej Katedrze św. Stefana, którą warto obejrzeć ze względu na bardzo ładne barokowe wnętrze. Od strony krypty, przy pomniku poległego żołnierza jest placyk, na którym w weekend po zmroku można oczekiwać jakiegoś koncertu. My trafiliśmy na występ świetnego folkowego duetu. Dookoła jest kilka knajpek, więc muzyka, światło i ogólny klimat sprawiły, że był to niezapomniany wieczór. Przy tym samym placyku pod katedrą, w bramie widać ciekawy budynek z zegarem. Warto pokręcić się przy nim w dzień z dzieckiem, bo jest to ruchomy zegar figuralny odgrywający melodie i przesuwający postacie z historii Węgier. Innymi atrakcjami dla małych dzieci w centrum okazały się futurystyczne pomniki przedstawiające nie wiadomo co, ale znakomicie nadające się do wspinania i zjeżdżania. Zabawa w sam raz na czas oczekiwania np. na obiad.
Z kilku muzeów w mieście zwiedziliśmy Muzeum Lalek, bo jeszcze takowego nie widzieliśmy. Całkiem fajne, ale dla chłopaka mało interesujące, a odwiedzone na późniejszym wyjeździe Muzeum Zabawek w Kudowej Zdroju okazało się ciekawsze.
Spacerując po starówce można dojść do dużego placu z domem handlowym i dworcem autobusowym. Jest tu bardzo ładna stara fontanna, a w weekendy na placu odbywają się imprezy miejskie. Po drugiej stronie ulicy stoi natomiast market Tesco (czynny do godz. 22). Dla turystów ma on idealne położenie, w samym centrum miasta można się tanio zaopatrzyć we wszystko co potrzeba. Kawałek za marketem znajduje się atrakcja polecana w przewodnikach - dzielnica serbska Palotaváros. Jest to nieogrodzona uliczka tuż przy blokowisku, z zamkniętym ruchem dla samochodów. Stoją przy niej dawne domy i zagrody gospodarcze serbskiej mniejszości. Najciekawsza jest XVIII-wieczna cerkiew z barokowym wnętrzem, inne budynki zamienione są na skansen. Chyba byliśmy tam w czasie wolnym od pracy, bo wszystko było zamknięte, nie żałowaliśmy jednak, bo sprawia to wrażenie marnej atrakcji. Podobnie jak miejscowy basen, położony z innej strony starówki, przy ładnym parku. To co zobaczyliśmy zza ogrodzenia nie zachęciło nas do wejścia. Niczym nie różnił się od standardowego basenu budowanego za komuny w Polsce, woleliśmy więc pojechać nad Balaton. Obok stał jednak duży budynek, w którym być może działa jakiś mały aquapark, a być może jest to zwykła kryta pływalnia. Plakaty mówiły coś o plaży w środku, ale nie było słowa w innym języku niż węgierski, ani żadnego cennika, więc pozostaje to dla nas zagadką.
Największa chyba atrakcja Székesfehérvár leży daleko poza starówką (ulica Máriavölgy út 54). Jest to współczesny pałac, zwany Zamkiem Boryego, od nazwiska właściciela i budowniczego. Dojazd jest skomplikowany, ale dobrze oznaczony na drodze. Niezwykły to widok, gdy jadąc niczym nie wyróżniającą się dzielnicą z domkami, nagle pomiędzy nimi wyrasta wielka budowla, żywcem wyjętą z bajek Disneya. Pałac jest prawie w całości przeznaczony do zwiedzania. Posiada tyle wież, wieżyczek, rzeźb, posągów, figurek, arkad i innych dekoracji, że człowiek jest po prostu oszołomiony, a w całą budowlę jest jeszcze pięknie wkomponowana zadbana roślinność. Na wielkim dziedzińcu można pochodzić po murach z posągami królów węgierskich i wspiąć się na wysokie wieże. Z góry jednak ładne widoki są tylko na sam zamek, bo dookoła widać same drzewa i dachy domów (starówka jest za daleko). My zwiedzaliśmy go z wózkiem, bo syn akurat spał i było nam dosyć ciężko. Trzeba się trochę powspinać schodami na poszczególne poziomy i dziedziniec, lepiej więc wózka nie brać albo zostawić przy kasie.
Szekesfehervar można poznać podczas przejażdżki ciuchcią, która odjeżdża regularnie sprzed pałacu biskupiego w samym sercu starówki. Trwa ona ponad pół godziny i jak to bywa ciekawie jest tylko w ścisłym centrum, ale warto sprawić przyjemność dziecku.
Położenie wszelkich atrakcji i zabytków miasta jest łatwe z planem 3D dostępnym w Informacji Turystycznej.
Kasztel w Szymbarku znałem jako ogrodzoną i porzuconą ruinę stojącą przy drodze do Nowego Sącza. Gdy przeczytałem o zakończeniu remontu w 2011 roku, czekałem na jakiś wyjazd, który pozwoliłby zahaczyć po drodze o tę wieś i zobaczyć jak przeprowadzono restaurację unikalnego na ziemiach polskich zabytku. A w ostatnim czasie różnie z tym bywa, czasem konserwatorzy pozwalają szpecić i psuć zabytki (np. zamek w Sanoku), na szczęście w tym przypadku zrobiono to poprawnie.
Pierwsze co nas zadziwiło to brak opłat za wstęp, drugie zamknięcie zameczku tuż przez naszym nosem, mimo że do godziny zamknięcia zostało jeszcze sporo czasu.
Okazuje się, że na weekend obiekt jest często wynajmowany na różne konferencje i imprezy, co skutkuje wcześniejszym zamykaniem. Na stronie internetowej właściciela kasztelu - Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach są podobno zawsze aktualne informacje o takich przypadkach. Nam udało się jednak wejść, ale generalnie turyści powinni o tym pamiętać. Natomiast brak biletów, jak się domyślam, związany jest z dofinansowaniem unijnym, które zabrania przez kilka lat pobierać opłat za wstęp.
Zameczek w Szymbarku posiada niepowtarzalny wygląd z 4 wieżami-alkierzami i renesansowymi dekoracjami. Dookoła posadzono grządki kwiatowe, obok stoi drewniany dworek mieszczański (dziś restauracja) i oficyna dworska. Ogólnie wszystko jest zadbane i ładnie utrzymane. Wejście poprzedza zrekonstruowany kawałek fosy z drewnianym mostkiem przypominający o obronnym charakterze budowli. Wnętrza po remoncie prezentują się nieźle, choć trochę zbyt nowocześnie. Wyeksponowano wszystkie oryginalne detale: portale, kominki, polichromie, fragmenty kamiennych murów pozostawiono nieotynkowane. Największe wrażenie robi jeden z 4 alkierzy - cały w XVI-wiecznych malowidłach ściennych, w innym zainstalowano windę (po co winda w 1-piętrowym budynku???), co jest jedną z negatywnych efektów restauracji. Ekspozycje są raczej skromne, kilka mebli z porcelaną i gablotki z czymś mało istotnym, nawet nie zapamiętałem. Zwiedza się parter, piętro i piwnicę. Gdy zejdziemy drogą obok kasztelu w dół dojdziemy do płynącej wartkim nurtem Ropy. Jest woda, kamyki, patyki, więc dzieci mogą się tu trochę pobawić. Widok na stojący na skarpie zameczek jest warty uwiecznienia. Także jadąc autem w stronę Nowego Sącza, w pewnym momencie z drogi odsłoni się piękny widok z góry na okolicę ze lśniącym bielą kasztelem.
Z zabytkiem sąsiaduje Skansen Wsi Pogórzańskiej. Nie jest to rozległy ani bogato wyposażony skansen, raczej skansenik, ale bardzo polecam jego odwiedzenie. Ze względu na ładne położenie nad Ropą i zalesioną górą w tle posiada specyficzny urok, To także zasługa faktu, że powstał na terenie dawnego parku dworskiego, więc chaty rozłożone są pośród starodrzewia, rosną tu np. jabłonie z niesamowitą ilością owoców, które owocują co drugi rok. Dziecko, po nudnym dla niego kasztelu, miało tutaj możliwość trochę pobawić się i pobiegać. Tylko 3 chaty otwiera pani z obsługi (bardzo zresztą miła), resztę ogląda się samemu lub z zewnątrz. Można też wykupić usługę przewodnika za 10 zł, wtedy zwiedza się wszystko dokładnie z przewodnikiem przez ok. godzinę. Skansen nie jest tak mały jak się wydaje, bo jego część dolna jest niewidoczna, posiada m.in. 2 wiatraki, kuźnię, olejarnię, piec. Mimo bliskości szosy panuje tu błogi spokój i cisza.
Z wózkiem można się generalnie poruszać, trzeba go tylko zostawić przy kasztelu i przed zejściem do dolnej części skansenu.
Drewniana cerkiew w Hłomczy stoi na wzgórzu sprawiającym wrażenie grodziska obronnego z fosą. Mało oryginalna budowla posiada ładne zielone akcenty w postaci dachu, wieżyczek i obramowań okiennych. Zastanawia usytuowanie między dwoma potężnymi dębami. Mają on podobno po 400 lat, więc muszą być związane z poprzednią świątynią stojąca w tym miejscu. Innym świadectwem dawniejszych dziejów jest dosyć niezwykła murowana dzwonnica z XVII-wiecznym dzwonem.
Bardzo interesująca jest bezpośrednia okolica przy cerkwi. Na wiosnę w dole widać wielkie stawy, w lecie roślinność prawdopodobnie zasłania je całkowicie, ale widać je też z drogi. Jest to łowisko złożone z 5 stawów rybnych. Malownicze położenie gwarantuje piękne krajobrazy, więc należałoby zarezerwować trochę czasu aby pospacerować miedzy nimi, niestety sam miałem już ustalony inny plan.
Dojazd do cerkwi łatwy, oznaczony drogowskazami. Do środka wstęp możliwy w czasie mszy niedzielnej o godz. 7.30. Można też poprosić o otwarcie świątyni w pobliskiej plebani, ale podobno robi się to niechętnie.
Świątynia w Hołuczkowie to jeden z przykładów drewnianej cerkwi zamienionej na kościół jakie można spotkać okolicach Gór Słonnych. Cerkwie na tym terenie utrzymane w stylu klasycystycznym przypominają kościoły i przez to są nieco mniej atrakcyjne wizualnie od np. cerkiewek bieszczadzkich. Ta jednak wyróżnia się m.in. czerwoną kolorystyką dachów i wieżyczek. W słoneczne dni ładnie kontrastuje z błękitem nieba i zielenią otaczających drzew (czego w marcu mogłem się tylko domyślać). Świątynia stoi na wzniesieniu, dookoła mamy malowniczą górzystą okolicę, ale krajobrazy spod cerkwi raczej średnio atrakcyjne. Warto przyjechać z nastawianiem na oglądniecie pięknego wnętrza z oryginalnym ikonostasem.
Dojazd łatwy, po asfalcie, oznaczony drogowskazami. Do środka wstęp możliwy w czasie mszy niedzielnej o godz. 10.30 lub prosząc o otwarcie właścicieli pobliskiego domu o nr 21.
W Czechach po raz kolejny byliśmy zaskoczeni różnicą między znanymi nam z Polski ogrodami zoologicznymi, a ich odpowiednikami zagranicznymi. Nasze ZOO sprawiają wrażenie, jakby na przestrzeni ostatnich 20 lat świat stanął w miejscu, pewnie dlatego, że odwiedzających i tak jest zawsze sporo. W tak popularnych zarówno na szkolne wycieczki, jak i wyjazdy rodzinne atrakcjach nie widzą potrzeby aby walczyć o klienta.
Za granicą myślą jednak inaczej. Po przyjeździe do czeskiego ZOO w miejscowości Dvur Kralowe rzuca się w oczy wielgaśny parking. Nie ma możliwości aby nie znaleźć tu luźnego miejsca, nawet w szczycie sezonu i nikomu nie przychodzi do głowy pobierać jakiejkolwiek opłaty (porównajmy to np. z ZOO w Krakowie...).
Z paniami w kasie można dogadać się po polsku. Można płacić kartą lub gotówką (w koronach), obok jest też bankomat. Można bez problemu wchodzić z psami, wymagana jest tylko smycz. W kasie otrzymujemy wielojęzyczną broszurę (także w języku polskim), poświęconą głównie Safari, ale jest również mapa ZOO i inne przydatne informacje.
Zaraz przy wejściu zobaczyliśmy tabliczkę z podanymi godzinami i nazwami zwierząt. Byliśmy przekonani, że to godziny karmienia, więc o najbliższej ustawiliśmy się przy żyrafach. Przyszedł pan z różnymi rekwizytami i długo opowiadał o żyrafach, odpowiadał na pytania dzieci itp. Cierpliwie czekaliśmy aż skończy, bo niewiele rozumieliśmy, ale na karmienie nie doczekaliśmy się. Okazało się, że na tabliczce był harmonogram takich miniwykładów na temat różnych zwierząt. Trochę żałowaliśmy straconego czasu, ale sam pomysł jest świetny i rodzi się pytanie, czemu u nas nikt czegoś takiego nie organizuje, aby urozmaicić zwiedzanie? Dzieci i dorośli mogą się dowiedzieć wielu ciekawostek, dotknąć kości zwierzęcia, skóry itp.
ZOO Dvur Kralowe posiada chyba wszystkie zwierzęta, które chciałoby zobaczyć dziecko. W budynku z terrariami są nawet realistyczne dinozaury. Wybiegi czy klatki są bardzo dobrze przystosowane do oglądania zwierzaków przez turystów. Niebezpieczne zwierzęta są za szybą a nie za kratami. Nie ma pustych klatek i przykrych niespodzianek w rodzaju tymczasowego braku żyraf czy krokodyli co napotkaliśmy w Chorzowie. Jest kilka fajnych miejsc przeznaczonych dla dzieci: place zabaw, mini zoo (tu jak zwykle rządzą kozy), automaty, dmuchany zamek, ciuchcia jeżdżąca w koło. Skorzystaliśmy tu pierwszy raz z basenu z pontonami, łatwe kierowanie i zderzanie się z innymi sprawia dzieciom mnóstwo frajdy. Co jakiś czas pojawiają się punkty gastronomiczne i toalety.
Największym magnesem przyciągającym do tego zoo turystów jest jednak Safari. Pomysł naprawdę godny pozazdroszczenia. Cały zamysł polega na oglądaniu zwierząt w warunkach zbliżonych do naturalnych z samochodu lub safaribusa (głównie dla turystów bez własnego pojazdu). Przejeżdża się powoli między stadami różnych zwierząt, przy czym bezwzględne pierwszeństwo na drodze mają tu czworonogi. Wysiadać można tylko w wyznaczonych punktach, np. przy ubikacji czy pomieszczeniach z lwami. My byliśmy już pod koniec sezonu, w dzień powszedni, ludzi w ZOO było sporo, ale nie tłumy, natomiast na safari pojechaliśmy ok. godz. 18 i w zasadzie to widzieliśmy chyba tylko 2 inne samochody, więc mogliśmy spokojnie zatrzymywać się przy co ciekawszych zwierzakach i oglądać do woli. Na safari jeździ się naprawdę w żółwim tempie, więc śmiało wypięliśmy syna z fotelika, żeby mógł lepiej widzieć zwierzaki. Jest to niezwykła atrakcja, choć po pewnym czasie oglądanie tych samych lub podobnych zwierząt może się trochę znudzić.
Jest też organizowane nocne safari, podczas którego podobno wrażenia są zupełnie inne a niektóre zwierzęta bardziej aktywne, ale po całym dniu pełnym wrażeń chyba mało który maluch dotrwa do godziny 21-22.
ZOO jest sporych rozmiarów, można spokojnie przeznaczyć cały dzień na zwiedzanie. Czynne codziennie przez cały rok. Safari płatne osobno, otwarte od maja do września. Nam przejazd zajął 55 minut.
Torfowisko pod Zieleńcem to jedna z tych mniej znanych i słabo promowanych atrakcji turystycznych, które koniecznie trzeba zobaczyć. Położone jest między Dusznikami Zdrój a Zieleńcem i z obu tych miejsc można łatwo trafić wg drogowskazów. Samochód zostawia się przy drodze w lesie przy tablicy informacyjnej, a dalej udajemy się szlakiem pod górę.
Do wyboru jest droga rowerowa i piesza. My poszliśmy pieszą. Początkowo jest ostra wspinaczka przez ładny las, ale niezbyt trudna - nasz 3-latek dał radę. Potem jest już łatwiej, idzie się lasem, ale przez ten pierwszy odcinek rodzice z wózkiem muszą wybrać trasę rowerową, która jest nieco dłuższa, ale prawdopodobnie znacznie wygodniejsza (nie sprawdziliśmy tego). Po ok. 30 minutach dotarliśmy do granicy rezerwatu. Jest tam miejsce do odpoczynku z ławą i stołem, ale otoczenie nie zmienia się, nadal zwykły las. Kawałek dalej znajduje się wreszcie coś niezwykłego - ścieżka w lewo po drewnianym pomoście. Idąc po nim można już dostrzec podmokłe bagienne tereny. Po chwili docieramy do wysokiej drewnianej wieży obserwacyjnej na północną część torfowiska zwaną Topielisko. Na górze oczekiwaliśmy nie lada widoków, ale się rozczarowaliśmy. Nie wiem czemu wieżę wybudowano akurat w tym miejscu, bo widać tylko czubki niskich drzew i mały kawałek gór w oddali. Nie jest to co prawda zwykły las, ale trzeba sporo wyobraźni aby zobaczyć w nim krajobraz tajgi syberyjskiej. Może przy lepszej pogodzie prezentuje się ciekawiej, my mieliśmy akurat moment szarówki i całkowitego zachmurzenia...
Na pewno torfowisko o wiele atrakcyjniej wygląda z dołu. Po powrocie na główny szlak zaczynają się najciekawsze widoki. Widać mocno podmokłe tereny i specyficzną roślinność. Wchodzimy na teren dzikiej i nietkniętej cywilizacją przyrody. Przy szlaku ładnie wije się jakiś strumyk z dziwną czerwoną wodą, przy którym syn miał trochę rozrywki. Po kilkuset metrach dochodzimy do drewnianego pomostu, który wprowadza nas w głąb torfowiska, a dokładniej część środkową Topieliska. Trasa jest całkiem długa i bardzo ciekawa, wzbogacona o tablice informacyjne. Tutaj pomysł i realizacja są wzorowe. Po wyjściu z powrotem na główny szlak, znajdziemy się na drugim końcu rezerwatu i można już zawracać.
Mimo występowania w rezerwacie rzadkiego ptactwa i różnych zwierząt, nie udało nam się nigdzie zauważyć żadnego zwierzaka, nawet zwykłej żaby, co jest dosyć dziwne. Nie napotkaliśmy też na szlaku ani jednego turysty...
Cała wycieczka po rezerwacie Torfowisko pod Zieleńcem bez dłuższych przystanków powinna zająć ok. 2 godzin.
| znaleziono 135 - wyświetlane 1 - 10 | « 1 2 3 4 5 6 7 ... 14 » | Liczba atrakcji turystycznych na stronę: |